Część pierwsza. O tym, jak pojawił się M.

Ona nie miała nikogo, a on był dla niej wszystkim.

Lublin dogasał po niesprawiedliwym poniedziałku. Juka śpieszyła się do domu. Jak zwykle nocny był szybszy i mimo, że biegła prawie gubiąc swoje czarne buty - autobus odjechał zamykając jej drzwi przed nosem. Przeklinając ten fatalnie kończący się dzień, zdążyła zamachnąć się torebką i uderzyć w tył odjeżdżającego z przystanku zielono-czerwono-białego pojazdu. Znajdująca się w bocznej kieszonce dwusetka cytrynówki na całe szczęście wyszczerbiła się tylko w jednym miejscu, przez co trunek został nieznacznie zmącony, szczęśliwie unikając zmarnowania.

Noc była rześka, a maj był dla Juki wspaniałym miesiącem. Tego dnia kończyła 23 lata. Wracała właśnie z urodzinowego, wieczornego piwa, na które zaprosili ją znajomi z uczelni. Na drugi dzień miała mieć wolne, ale mimo wszystko perspektywa czekania czterdziestu minut na kolejny autobus nie napawała jej zachwytem. Juka usiadła zrezygnowana i zasapana na ławeczce pod Parkiem Saskim, pozwalając sobie na krótką drzemkę. Nie zdążyła przespać dziesięciu minut, kiedy ktoś całkiem  n i e  z tego miasta popukał ją w ramię. Juka wyrwana z półsnu podniosła głowę zakrytą kapturem i swoimi wielkimi, zielonymi oczami, z całodniowym tuszem rozkruszonym na powiekach popatrzyła na stojącego nad nią mężczyznę. Byli sami jedyni na przystanku, z którego raz na dłuższą chwilę odjeżdżał pusty, poniedziałkowy nocny. Tajemniczy jegomość pachniał jak jej najpiękniejszy sen. Ubrany na czarno opierał się o wiatę, patrząc Juce prosto w oczy. Jego uśmiech i opiekuńcze, a zarazem zawadiackie spojrzenie zamieniły serce dziewczyny w młot pneumatyczny.

- Cześć. - powiedział stale wpatrujący się w Jukę chłopak. - Żyjesz? Mam nadzieję, że wszystko dobrze, bo wyglądasz niezbyt korzystnie śpiąc z tą cytrynówką... - Zaśmiał się z malującą się na jego twarzy sympatią. - Maciek mam na imię, a ty?

Cały czas się uśmiechał. Jego ciepły głos topił słowa, które blokowały się gdzieś w środku Juki. Zaniemówiła. Po chwili wpatrywania się w jego silne ciało, skórzaną, pachnącą rozgrzanym asfaltem kurtkę i oczy najpiękniejsze ze wszystkich z całego świata, w końcu odpowiedziała całkiem składnie, ale z pewnym zawstydzeniem:

- Cześć. Juka, znaczy Justyna... Spałam tylko...

Jej oczy zdradzały miłość od pierwszego wejrzenia. Siedziała z podniesioną głową, odgarniając co chwilę rozwiewaną wiosennym wiatrem grzywkę. Nie mogła oderwać od Niego wzroku. Był średniego wzrostu brunetem, a jego oczy były w kolorze kosmosu.

- Mam nadzieję, w takim razie, że nie przeszkodziłem za bardzo, i że dasz się kiedyś zaprosić na herbatę? - zapytał znając odpowiedź.

O herbacie Juka jeszcze nie słyszała. O alkoholu owszem. Ale nigdy w tak romantycznej formie. Była zaskoczona.

Była też piękna, ale miłość znała do tej pory tylko z filmów. Lubiła ludzi. Każdy chciał z nią rozmawiać, a samo spojrzenie na jej uśmiech mówiący "Wszystko jest dobrze.", przynosiło człowiekowi ukojenie. Juka w swojej głowie była całkiem romantyczna. Była beztroska, roztrzepana, szalona i często popełniała jakieś głupstwa. W jej towarzystwie nie było mowy o zmartwieniach, nudzie czy strachu przed nieznanym. Żyła chwilą i nie patrzyła poza nią.

Dlatego, kiedy padło herbaciane pytanie, które miało niedługo zamienić rzeczywistość Lublinianki w najdziwniejszą przygodę jej życia, zgodziła się bez najmniejszej wątpliwości.

Wymienili się numerami. Przyjechał jego autobus. Odjechał w stronę Sławinka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Część druga. O tym, jak pojawił się szyfr.